fbpx

Zrównoważony rozwój urbanistyczny.

Pomiędzy teorią urbanistyki a sytuacją prawną, polityką przestrzenną i zagospodarowaniem terenów miejskich jest ewidentny rozdźwięk.

Colliers International: „Zrównoważony rozwój” wydaje się pojęciem równie pozytywnym, co niekonkretnym. Co w praktyce oznacza dla władz miejskich i mieszkańców? 

Anna Sawicka: Moim zdaniem wymiar urbanistyczny jest kluczowym elementem zrównoważonego rozwoju jako takiego. Łączy on wszystkie płaszczyzny: społeczną, środowiskową i ekonomiczną. Może się wydawać, że idea miasta zrównoważonego jest powszechnie zrozumiała i akceptowana. Jednak gdy dochodzimy do szczegółów, a tym bardziej do etapu implementacji, okazuje się, że wiele decyzji i rozwiązań jest uznaniowych lub intuicyjnych. Pojawia się szereg niewiadomych i w rezultacie efekty są rozbieżne z istotą założonych celów. Często problemem jest brak wiedzy i związane z tym nieuzasadnione obawy. Ciągle jesteśmy na etapie eksperymentów i zdobywania doświadczeń, ale w polskich miastach pojawia się też coraz więcej skutecznych działań. Przełożenie teoretycznych założeń na twardą infrastrukturę wymaga  konsekwentnych decyzji, współpracy między wieloma podmiotami i godzenia – często sprzecznych – interesów z kluczowymi priorytetami i trwałymi wartościami. Choć priorytety są uniwersalne, to nie ma jednej recepty czy wzorca dla wszystkich miast. Każdy przypadek jest inny i wymaga indywidualnego podejścia i rozwiązań, które odpowiadają na lokalne potrzeby. To właśnie proces implementacji jest największym wyzwaniem.

Jak pogodzić wzrost gospodarczy i nowe inwestycje z troską o środowisko? Czy ograniczenie rozwoju jest zagrożeniem, czy szansą dla lokalnej gospodarki?

Może nie ograniczanie, ale naprowadzenie na właściwą ścieżkę. Rozwój  powinien być trwały i stabilny, czyli podtrzymywalny. Inaczej mówiąc, zamiast sinusoidy od skoku do kryzysu potrzebna jest równowaga. To ona zapewnia stabilność gospodarki i wysoką jakość życia. Zdarzają się obawy o hamowanie gospodarki lub nawet wstrzymywanie rozwoju, a więc „być albo nie być” dla lokalnych samorządów. Obawy bezpodstawne, bo wynikające z nieświadomości. Zahamowanie postępującej degradacji i inwazyjnej urbanizacji nie oznacza zahamowania rozwoju, ale wyeliminowanie istotnych problemów i jego odpowiednie ukierunkowanie, tak żeby osiągać maksymalnie wiele korzyści . Ma być to rozwój przemyślany, a nie przypadkowy.

Skąd biorą się te obawy?

Możliwe, że te skojarzenia wynikają z pierwotnego hasła „ekorozwoju”, który do ustawodawstwa wdrażało Ministerstwo Środowiska. Kładło ono nacisk na ochronę środowiska, co jednoznacznie zostało zinterpretowane jako bariera w rozwoju. Obecnie jednak jesteśmy już na innym etapie i musimy patrzeć nie na ograniczenia, ale na możliwości. Wtedy punkt widzenia zmienia się o 180 stopni. Jest to wyraźnie zauważalne w podejściu niektórych samorządów, inwestorów i deweloperów, ale i mieszkańców. Reurbanizacja, jakościowa przestrzeń publiczna, dostępność usług, OZE i zielone budownictwo nie są już traktowana jako przeszkoda, lecz szansa, a efekty mówią same za siebie. Widać, że sposób myślenia stopniowo się zmienia. Tyle,  że nie mamy kolejnych 30 lat, żeby czekać na powolne zmiany – bo wszelkie błędy przynoszą trwałe skutki.

Mimo wszystko przekształcenie miasta zgodnie z ideami zrównoważonego rozwoju jest skomplikowanym i kosztownym procesem. Skąd wychodzi impuls do zmiany?

W idealnej wersji powinien pochodzić z góry, czyli od odpowiedzialnych organów, rządu i samorządów. W rzeczywistości źródeł jest wiele. W Amsterdamie zmiany zaczęły się oddolnie, dzięki inicjatywom społecznym. Urbanistyka i planowanie przestrzenne są ściśle związane z polityką. I wiążą się z wieloma zagrożeniami, choćby ryzykiem spekulacji czy faworyzowania różnych grup interesu kosztem innej. Planowanie miast zderza się z takimi wyzwaniami jak adaptacja do zmian klimatycznych, czy jakości życia. To hasła coraz bardziej nośne i zaczynają być uwzględniane w polityce. Impuls wychodzi też od inwestorów, projektantów oraz producentów. To grupy, które dążą do racjonalnych rozwiązań i konkurencyjności. Widać to chociażby po rosnącej roli certyfikacji zielonego budownictwa, nowych technologiach czy rozwoju warsztatu projektowego. Można powiedzieć, że rynek sobie radzi. Ale i w tym momencie najbardziej potrzebna jest odgórna koordynacja, stworzenie ram ustawowych. Czyli skutecznego systemu planowania przestrzennego, mechanizmów współpracy i  zarządzania. Rewolucja prawna ostatnio jest niestety bardzo chwiejna, zamiast KUB-u [Kodeksu urbanistyczno-budowlanego, red.] dostaliśmy znienacka lexdeweloper. Z drugiej strony, wiele zależy od samorządów. Subsydiarność planowania daje im duże możliwości. Niektóre miasta to wykorzystują, inne niestety nie. Można powiedzieć, że jakość planów zagospodarowania zależy od decydentów.Merytoryczna treść studium ani mpzp nie podlega sprawdzeniu. Nie ocenia się, czy podstawowe założenia są dobre, np. czy nie wzmacnia się suburbanizacji. Miasta mają ogromne pole do popisu. Z drugiej strony, nie są zobowiązane do przestrzegania żadnych standardów. Plany nie są gwarantem ładu przestrzennego, a niejednokrotnie wręcz wzmacniają negatywne tendencje. W prawie istnieje wiele punktów zapalnych, choćby słynne WZ-ki, ale nawet w obecnej sytuacji prawnej na poziomie lokalnym można zdziałać bardzo wiele.

Co na przykład?

Przede wszystkim decydować o kierunkach rozwoju urbanistycznego: rozwój zwarty czy suburbanizacja, transport publiczny czy przelotowe trasy, subcentra dzielnicowe, czy hipermarkety, zieleń za oknem, czy zwiększanie minimów parkingowych. A w mniejszej skali – czy osiedla są grodzone, jaka jest skala zabudowy, jej gęstość i intensywność. Czy dopuszczalne są billboardy, parkingi w parterach zamiast usług itd. Są to decyzje fundamentalne. Miasta mogą wspomagać proces planowania przestrzennego projektowaniem urbanistycznym: masterplanami, lokalnymi programami, wytyczaniem lokalnych standardów jakości przestrzeni i inwestycji publicznych, a wreszcie decydują o jakości partycypacji. Elementy formalne mogą potraktować jako bazę i wzbogacić je dodatkowymi elementami. Łódź, Warszawa, Wrocław, czy Trójmiasto w poszczególnych opracowaniach wykraczają poza podstawowe wytyczne. W ten sposób powstają plany wysokiej jakości. To korzystne dla wszystkich stron procesu inwestycyjnego, począwszy od deweloperów po użytkowników. Pozytywne i negatywne zmiany postępują równolegle, rozbieżności są ogromne, ale musimy dołożyć wszelkich starań, żeby te dobre tendencje wzięły górę.

Koniec 1. części wywiadu

Tutaj posłuchasz podcastu o Miastach policentrycznych>>