fbpx

Lubię spotykać ludzi.

Dwunastu pracowników Colliers, królik, koń, psy i zapach błękitu. O „Wyjątkowych relacjach” opowiada autor sesji – Andrzej Świetlik, fotograf, jeden z założycieli artystycznej grupy Łódź Kaliska.

Colliers: Sfotografował Pan grupę ludzi pracujących w jednej firmie, ale przecież tak różnych – jak powstaje współczesny zbiorowy portret?

Andrzej Świetlik: Na początku zawsze warto wiedzieć o czym ma być opowieść. W następnym kroku szuka się odpowiedzi na pytanie: jak mają wyglądać zdjęcia? Cały cykl zdjęć. Wtedy zaczyna się ustalać rodzaj i kolorystykę przestrzeni, sposób świecenia, kadry – bliskie portrety czy całe sylwetki, a może plan amerykański/?/. I co najważniejsze, jak – bardzo orientacyjnie – swoją rolę powinien odegrać każdy z bohaterów zdjęć, żeby opowieść była wiarygodna i atrakcyjna wizualnie. Inaczej mówiąc, jak w naszym przypadku pokazać relacje między człowiekiem a zwierzęciem w możliwie naturalny i sympatyczny sposób. Na potrzeby naszej sesji, architekturę przestrzeni studia ograniczyłem do kilku prostych form w jasnej tonacji, a błękit w tle miał nadać zdjęciom klimat świeżości na którym mi zależało. Później zaproszony do współpracy stylista obejrzał prywatne zdjęcia uczestników i zaproponował dobór kostiumów. Wiadomo, ktoś korzystniej wygląda w marynarce, inny w sportowej koszuli. Trzeba umieć to zobaczyć i przekonać zainteresowanego. Założyliśmy na wstępie, że ograniczamy paletę barw do tych z logo, co miało dać spójność kolorystyczną.

Zwierzęta pomogły? Człowiek z chomikiem zachowuje się inaczej, niż trzymając laptop.

W naszych zdjęciach zwierzęta miały do odegrania kluczowe role, a ich udział sprawił, że było ciekawiej niż zwykle. Mam w domu kota, zwierzę z charakterem, i już na wstępie wiedziałem, że szkice sytuacyjne trzeba będzie traktować bardzo elastycznie. Natomiast panie i panowie w towarzystwie swoich zwierząt okazali się znacznie lepszymi aktorami, niż gdyby przyszło im wysąpić solo. Niektórzy wręcz brawurowo odegrali swoje role, jak np. pani Dorota. Długo rozmawialiśmy zanim pojawiła się koncepcja zdjęcia z jej koniem, który w efekcie niemalże fruwał. Było to w całym cyklu najtrudniejsze zadanie, ale finał okazał się wart wysiłku.

Czy to zawężenie palety kolorystycznej nie było ograniczeniem?

Ten rodzaj ograniczeń jednocześnie pobudza, ale i dyscyplinuje wyobraźnię. Całkowita swoboda nie ułatwia pracy fotografowi na polu komercyjnym, ale też takie sytuacje dzisiaj prawie nie bywają. Natomiast w przeszłości zdarzało mi się pracować mając pełną wolność i jednocześnie bardzo ograniczone środki, właściwie bez budżetu. W 1990 roku, kiedy fotografowałem Grzegorza Ciechowskiego, miałem tylko maleńkie studio w piwnicy. Puste ściany, podłoga, umywalka w kącie. Wówczas naszym rekwizytem okazała się być woda. Moment, w którym obaj spojrzeliśmy na kapiący kran był de facto ważniejszy niż samo naciskanie spustu  migawki.  Oczywiście za każdym razem pomysł rodzi się inaczej, ale sama metoda pracy jest podobna. Ustawienie świateł, kolejność kroków poprzedzających fotografowanie, to już po latach są czynności rutynowe. Najciekawsze są chwile kreowania sytuacji przed zrobieniem interesującego zdjęcia. W fotografii chodzi przecież o obraz, a nie o narzędzia. Skomplikowany aparat, najnowsze możliwości techniczne pociągają pasjonatów-sprzętowców. Ja wolałbym mieć aparat możliwie prosty, taki jak dawniej, choć z praktycznych względów to dzisiaj niemożliwe. Nie mam już ciemni, a przecież praktycznie się w niej wychowałem, przez wiele lat używałem analogowych aparatów, sam wywoływałem materiał od początku do końca.

Czy doświadczenie sprawia, że łatwiej Panu „otworzyć” pozującą osobę?

Słowa są tu bardzo ważne. Słowa mają moc sprawczą i niektórych lepiej nie używać. Na przykład unikam słowa „pozowanie”. Sam rdzień „poza“ jest przesycony sztucznością. Dla mnie każde fotografowanie portretowe jest grą. Jeśli tylko jeden uczestnik tej gry – obojętne po której stronie obiektywu – chce brać w niej udział, to trudno o sukces. Przy zaangażowaniu dwustronnym jest na to przynajmniej szansa. A strach? Często zdarza się, że osoba fotografowana chce, ale boi się otworzyć. Wtedy tym bardziej jest ciekawie. W tej grze nie ma przegranych, fotografię można powtórzyć, nieudane ujęcia odrzucić i zacząć od początku. Jeśli coś nie wyjdzie, nikomu nie dzieje się krzywda. Zwykle kończąc sesję, mam gotowy katalog zdjęć wstępnie przez nas zaakceptowanych.
To łatwe, czy trudne? Mógłbym obronić zarówno jedną, jak i drugą tezę. Dysponując pewnym zasobem narzędzi i doświadczeniem, można wciągnąć uczestników sesji w zabawę, tym samym uwolnić ich od skrępowania. Wtedy jest stosunkowo łatwo. Jeśli natomiast sam fotograf jest osobą zamkniętą, typem introwertyka, to wydaje się niemożliwe zrobienie portretu, który ma w sobie czytelny pierwiastek ludzki. Widuję sesje, w których człowiek jest kimś w rodzaju mobilnego manekina, rzeźby. Jeden z moich kolegów przyznał kiedyś, że traktuje ludzi jak przedmioty. Buduje z nich, niczym z klocków Lego, piękne plany, i robi to po mistrzowsku. Figura człowieka zawsze może być piękna. Sam jednak chciałbym, żeby w moich zdjęciach była ta wartość dodana. Chcąc pięknie fotografować modę, trzeba ją lubić. Tak samo jest z doświadczaniem architektury czy innymi dziedzinami. Ja lubię spotykać ludzi i o nich opowiadać językiem fotografii.

O ich historiach?

Raczej o charakterach. Opowiadanie o rodzinach i wyjazdach na wakacje nie wydaje mi się potrzebne. Za to odkrywanie temperamentów, charakterystycznych cech osobowości – o, to jest ciekawe. Czasem gdy fotografuję osoby publiczne, dochodzi do zderzenia wyobrażeń i bezpośredniego doświadczenia. Kiedy indziej zaczynam od pustej karty, bez jakichkolwiek wyobrażeń o osobie. Spotkanie z Ryszardem Kapuścińskim przerodziło się w rozmowę, która zajęła prawie cały czas przeznaczony na sesję. Zdjęcia, które zrobiłem przez ostatnie dziesięć minut są zapisem naszej ciekawości rozmowy ze sobą. Każda sytuacja jest inna, czasem takie przelotne spotkania z nieznanymi mi ludźmi okazują się niezwykle interesujące.

Chciałby Pan te momenty zapisać, wysłać w przyszłość?

To pytanie o fotografię jako taką. Historia, którą widzę myśląc o swoim zdjęciu, jest ukryta przed widzem, ale może on sobie ułożyć własną. Kto wie, czy nie ciekawszą. Obraz może się stać katalizatorem i początkiem nowej opowieści.

Dziękujemy za rozmowę.