fbpx

Historia warszawskich kin.

Studio filmowe pod szklanym dachem przedwojennego wieżowca, kino w staroegipskim stylu, walki o miejsce na widowni – nieznaną twarz stolicy odsłania Jerzy S. Majewski, autor m.in. „Historii warszawskich kin” oraz „Spacerownika. Warszawa w filmie”.

Colliers International: Spotkaliśmy się obok Centrum Nauki Kopernik. Powiśle nie kojarzy się dziś z przemysłem filmowym, ale w Pańskich książkach o filmowej Warszawie dzielnica wspomniana jest niejeden raz.

Jerzy S. Majewski: Zanim powstały apartamentowce, obok których stoimy, (w pobliżu miejsca, gdzie przy ul Leszczyńskiej 6) dokładnie w tym miejscu było  laboratorum i atelier  „Falanga”, niezmiernie ważny dla historii rodzimej kinematografii. Właśnie w nim zrealizowano większość polskich filmów z 30. XX wieku.

Okładka dwutygodnika „Kino i Rewja dla Wszystkich” nr 10/ 1935. Źródło: Polona, domena publiczna

W dwudziestoleciu Warszawa była polską stolicą filmu?

Jeszcze wcześniej, bo przed pierwszą wojną światową w mieście kręcono pierwsze ruchome obrazy. W 1909 roku Aleksander Hertz założył profesjonalną i jak na nadwiślańskie warunki znaczącą  wytwórnię filmową Sfinks. Miał zresztą sporą konkurencję. Dziesiątki firm powstawały i znikały po wyprodukowaniu jednego filmu, nieliczne utrzymywały się dłużej. Z naszego punktu widzenia ich najwcześniejsze produkcje są bardzo śmieszne, krótkie i pozbawione fabuły. Jednym z pierwszych polskich filmów z akcją jest „Antoś pierwszy raz w Warszawie” z 1908 roku, siedmiominutowa historia przygód prowincjusza odwiedzającego stolicę. Grający tytułowego bohatera Antoni Fertner stał się jednym z pierwszych rozpoznawalnych, znanych z nazwiska aktorów filmowych.

Tablica upamiętniająca premierę pierwszego polskiego filmu fabularnego Antoś pierwszy raz w Warszawie przy ul. Wierzbowej 5/7 w Warszawie, fot. Adrian Grycuk

Tablica upamiętniająca premierę pierwszego polskiego filmu fabularnego Antoś pierwszy raz w Warszawie przy ul. Wierzbowej 5/7 w Warszawie, fot. Adrian Grycuk

Jak funkcjonował przemysł filmowy w tych początkowych latach, jeszcze przed epoką gwiazd, nowych technologii i dużych budżetów?

Musiało upłynąć trochę czasu, nim doszło choćby do oddzielenia produkcji i rozpowszechniania filmów. Pozycja właścicieli kin pozostała zresztą mocna przez kolejne dekady. W dwudziestoleciu najważniejsi gracze na tym rynku mieli po kilka kin, dysponowali odpowiednimi funduszami i zamawiali filmy zgodnie ze swoim gustem, mogli więc pokazywać własne nowości. Bez spółek producentów i kiniarzy historia polskiej kinematografii byłaby znacznie uboższa. Do końca lat 30. banki z zasady nie udzielały kredytu na produkcje filmowe, uznając je za zbyt ryzykowne. Pieniędzy zwykle było za mało, oszczędzano na taśmie filmowej, dniówkach, dekoracjach. Michał Waszyński, sam nazywający się Księciem, najpłodniejszy reżyser lat trzydziestych – prawie czterdzieści filmów w dekadę – był szczególnie ceniony przez producentów, bo potrafił kręcić szybko i tanio. Prawie nie robił dubli. Jeden film zajmował mu raptem dwa tygodnie.

Cztery zachowane kadry pierwszego polskiego (i warszawskiego) filmu „Ślizgawka w Łazienkach” nakręconego przez Kazimierza Prószyńskiego w Warszawie w latach 1894–1896. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna

Cztery zachowane kadry pierwszego polskiego (i warszawskiego) filmu „Ślizgawka w Łazienkach” nakręconego przez Kazimierza Prószyńskiego w Warszawie w latach 1894–1896. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna

Nie było mowy o dalekich wyjazdach?

Przedwojenne filmy rzadko powstawały w plenerze. Żeby ograniczyć koszty i uprościć produkcję, prawie wszystkie sceny kręcono w studio. Hale nie musiały być bardzo obszerne, ważne było za to dobre oświetlenie. Pierwsze studio Aleksandra Hertza powstałe jeszcze przed pierwszą wojną światową mieściło się przy Marszałkowskiej, we wczesnomodernistycznej kamienicy z dużymi przeszkleniami na dwóch pierwszych kondygnacjach. Później przeniósł się do fantastycznego lokalu przy obecnym placu Zbawiciela. Najwyższe piętro jednego z ówczesnych niebotyków przekryte było łamanym szklanym dachem. Przed pierwszą wojną na luksusowo urządzonym poddaszu działał zakład leczenia światłem. W dwudziestoleciu takie biznesy upadły. Hertz wychodził jednak czasami w plener, ale wybierał jak najbliżej położone lokalizacje. Sceny z wiejskiego życia kręcono więc na przykład w Parku Ujazdowskim. Filmowcy często i dziś działają w ten sposób. Gdy Andrzej Wajda szukał scenerii do sceny z obozu w Ostaszkowie, wybrał warszawską Cytadelę, położoną kilkaset metrów od jego domu.

W przedwojennych wytwórniach malarze musieli mieć wiele pracy?

Scenografie projektowali też dyplomowani architekci, tacy jak Jacek Rotmil. Wszystkie olśniewające sale dansingów i kabaretów, które można zobaczyć w przedwojennych komediach, to w rzeczywistości dekoracje z dykty i tektury. Nawet krynickie sanatorium „Patria” Kiepury odtworzono starannie w studiu. Aktorki w futrach i wystrojeni w smokingi amanci grali zresztą w koszmarnych warunkach. Ówczesne prymitywne reflektory grzały jak piece, temperatura w studiu często przekraczała podobno 40 stopni.

Hollywood w Warszawie. Źródło: Polona, domena publiczna

Co nie zniechęcało bynajmniej aspirujących aktorów.

Wokół filmu wyrósł cały światek z bogatą infrastrukturą. Kina, wytwórnie, ale też branżowa prasa z krytykami i recenzentami, wreszcie miejsca spotkań. Filmowcy spotykali się w kawiarni Ziemiańska – nie Małej Ziemiańskiej na Mazowieckiej, gdzie spotykali się literaci i malarze, tylko lokalu z ogródkiem na rogu Marszałkowskiej i Złotej, niedaleko Dworca Głównego. Młode aktorki starały się tam wpaść w oko reżyserowi, zawodowcy szukali zleceń. Wielu było scenarzystów, dla filmu pisali m.in. Aleksander Watt i Wiech. Żaden z nich nie mógł się jednak pod względem zarobków równać z Tadeuszem Dołęgą-Mostowiczem. Rano z całej Polski przyjeżdżali do Warszawy kiniarze, w kawiarni omawiali z filmowcami interesy, zamawiali fabuły i ulubionych aktorów. Było to oczywiście kino całkowicie komercyjne. W tym samym czasie powstawały filmy znacznie lepszej klasy, jak „Ludzie Wisły” Aleksandra Forda i Jerzego Zarzyckiego, rzadko jednak trafiały do kin.

Plakat filmu „Sportowiec mimo woli” Źródło: Polona, domena publiczna

Plakat filmu „Sportowiec mimo woli” Źródło: Polona, domena publiczna

Brakowało zainteresowanej nimi publiczności?

Przedwojenne kina bardzo różniły się między sobą. W niektórych za kilka groszy można było obejrzeć  stary film ze zdartej, poklejonej kopii. Właściciele ważniejszych firm mogli sobie pozwolić na sprowadzanie taśm z zagranicy, luksusowo urządzone wnętrza lokali i porządny sprzęt. Jednak nawet w najbardziej eleganckich kinach publiczność nie była szczególnie elegancka. Zdarzały się głośne komentarze. A samo wejście na interesujący pokaz przypominało walkę. Miejsca nie były numerowane, więc najlepsze zajmowali najszybsi i ci o najmocniejszych łokciach. Ten system przez lata się nie zmieniał, bo opłacał się kiniarzom. Bez niego trudno byłoby ściągnąć publiczność na koszmarnie nudne slajdy z reklamowymi hasłami, a to właśnie one zapewniały dużą część dochodów.

Skorzystałby Pan z możliwości podróży w czasie i wziął udział w takim wyścigu?

Najchętniej zafundowałbym sobie kompletny przegląd, od kin najbardziej eleganckich po trzeciorzędne. Bardzo chętnie odwiedziłbym kina żydowskie, z repertuarem w jidysz. Niewiele o nich wiadomo. Zachowały się szczątkowe relacje, głównie chrześcijańskich widzów, a ci podchodzili do tematu z dystansem, często prześmiewczo. Interesują mnie kina dzielnicowe, biedne, ale chętnie obejrzałbym też film w luksusowym Napoleonie czy urządzonym w stylu egipskim kinie Splendid.

Słynne kina z lat 30. nie przetrwały wojny. Nie działa już także wiele innych, późniejszych obiektów. Opisana w „Historii…” społeczna akcja obrony kina Praha zakończyła się sukcesem, ale okazało się to tylko odroczeniem końca.

O losie komercyjnych kin decyduje rynek. Kino Praha było dotowane przez urząd marszałkowski. Bez tego dofinansowania lub gruntownych zmian programu nie miałoby szans utrzymać się na rynku. Musiałaby rywalizować z podobnych rozmiarów Atlantikiem i Kinoteką. A te być może wyczerpują potencjał tej rynkowej niszy. Konkurencja jest zresztą ogromna. Nigdy nie mieliśmy w Warszawie tak wielkiej liczby sal kinowych jak obecnie, kolejne zostały oddane do użytku w 2018 i 2019 roku. Poza multipleksami i starymi obiektami jest bardzo wiele sal w domach kultury, filmy wyświetla się w też w plenerze. Nie mówiąc o osobliwościach w rodzaju kina Amondo z salą mieszczącą trzydziestu widzów.

Czy małe kina mają przyszłość?

Historia tej branży dowodzi, jak trudno przewidzieć przyszłość. To właściwie seria rewolucji. Pierwsza z nich przyniosła kres połowie warszawskich kin. Ci, którzy nie wierzyli w sukces filmu dźwiękowego, wypadli z gry. Niektórzy potrafili zauważyć falę zmian. Właściciele kina Atlantic przerwali budowę, zamówili nowy projekt, wprowadzili materiały dźwiękoizolacyjne. Powstało pierwsze nowoczesne kino dźwiękowe i Atlantic przetrwał do dziś.
Ogromne znaczenie miała rezygnacja z taśmy i wprowadzenie projektorów cyfrowych. Skończyły się wówczas problemy z niedoskonałymi kopiami. Z kolei budowa multipleksów sprawiła, że sale kinowe na pięćset osób stały się anachronizmem, a małe kina masowo upadły. Najtrudniejsze dla branży były lata 90., złote lata kasety VHS. Minęło parę lat, fascynacja minęła i widownie znów się zapełniły. Chodzi się do kin z różnych powodów, nie tylko dla samego filmu. Jednak doświadczenia z nowoczesnej sali – obrazu wyświetlanego na panoramicznym ekranie, najwyższej jakości dźwięku – nie zapewni żadne kino domowe.

Przeczytaj więcej, gdzie wypoczywali Warszawiacy w II RP>>