fbpx

Galeria Luxenburga i centrum rozrywki zamiast Metropolitana? Tak było!

Dworskie zabawy, wyścigi wrotkarzy, fanki wypatrujące gwiazd niemego kina i słynnych poetów – ten skrawek miasta widział niejedno. O okolicach placu Piłsudskiego opowiada Hanka Warszawianka, czyli Hanna Dzielińska: varsavianistka, przewodnik miejski, dziennikarka.

Stoimy przy ulicy Senatorskiej. Idąc dalej, trafilibyśmy wprost do Metropolitana. A co zobaczylibyśmy cofając się – w czasie?

W 1945 roku otaczałyby nas wypalone ruiny. A gdybyśmy stali w tym samym miejscu sto dwanaście lat temu, pewnie wpadaliby na nas ludzie wychodzący z przykrytej szklanym dachem ulicy – a dokładnie Galerii Luxenburga. W kompleksie budynków mieściły się między innymi hotel, restauracje, tor dla wrotkarzy, kino z egipskim wystrojem. I słynny teatrzyk Qui Pro Quo, o którym przypomina tablica przy której się dziś spotkaliśmy. Teksty do tego literackiego kabaretu pisał Julian Tuwim, a na scenie występowały ówczesne gwiazdy Eugeniusz Bodo, Hanka Ordonówna, Mieczysław Fogg. Galeria Luxenburga była też największym w przedwojennej Warszawie centrum handlowym. Zresztą nie pierwszym, które działało w tym miejscu.

Budynek Metropolitan

Centra handlowe przed wiekiem XX?

A jak inaczej można nazwać Marywil? Rozciągał się od połowy obecnego placu Teatralnego po Marszałkowską. W pięciokątnej budowli zbudowanej na zlecenie królowej Marysieńki było wszystko: na dziedzińcu urządzano dworskie zabawy i musztrę wojska, sama królowa miała w Marywilu swoje apartamenty, częścią założenia była kaplica upamiętniająca wiktorię wiedeńską. A przede wszystkim mieściło się w nim kilkadziesiąt sklepów i składów z luksusowymi towarami. Zagraniczni kupcy mieszkali na miejscu, rzemieślnicy prowadzili warsztaty.
Oprócz tych warstw są jeszcze przecież możliwości niezrealizowane, kolejne projekty urbanistyczne i architektoniczne. Nawet w przeciągu kilku lat plany zmieniały się diametralnie, pomysły na plac Piłsudskiego w latach 20. i 30. były zupełnie inne.

Jak mogłaby wyglądać ta część Warszawy, gdyby plany prezydenta Starzyńskiego udało się zrealizować?

Weźmy na przykład Konkurs na rozwiązanie urbanistyczne placu Teatralnego
z przyległościami. Podczas gdy w latach 20. myślano głównie o budowie pomnika bojowników o niepodległość, w kolejnej dekadzie nie trzeba było już tak bardzo podkreślać powrotu Polski na mapy, za to palącą sprawą stało się poprawienie jakości życia warszawiaków, udrożnienie miasta. Żeby zrozumieć plac Piłsudskiego, trzeba pamiętać, że nie myślano o nim jako lokalnej, zamkniętej przestrzeni. Plac miał być częścią systemu komunikacyjnego, niektóre nadesłane na konkurs prace przedstawiały plany dla obszaru sięgającego Wisły. Myślano na przykład o poprowadzeniu pod płytą placu tuneli. Gdyby udało się zrealizować plan budowy metra z 1938 roku, pod placem krzyżowałyby się linie A i B. Dwie pierwsze z ośmiu planowanych. Plac Piłsudskiego byłby więc ważnym węzłem komunikacyjnym.

Dziś północną pierzeję placu zajmuje Metropolitan. Gdyby historia potoczyła się nieco inaczej, działkę mogłoby zająć Centrum Hotelowo-Kongresowe „Orbis”; a gdyby ta część miasta przetrwała wojnę?

W dwudziestoleciu na tyłach dzisiejszego Teatru Wielkiego ciągnęły niczym się niewyróżniające kamienice z drugiej połowy XIX wieku, Dość – choć nieprzesadnie – eleganckie. Jeśli coś je wyróżniało, to duże witryny, w których kolejni najemcy reklamowali swoje towary. Był sklep z zabawkami, kapelusznik, pod szóstką pokoik biurowy wynajmował Automobilklub, miała swoje przedstawicielstwo Computing Tabulating Recording (CTR) Corporation, obecnie znany pod łatwiej wpadającą w ucho nazwą IBM. W tym miejscu sprzedawano też nowoczesne maszyny biurowe. Budynek zaprojektowany przez sir Normana Fostera, jednego z najbardziej utytułowanych i najwybitniejszych współczesnych architektów jest bardziej wyrazisty od dawnej zabudowy i na stałe wpisał się już w tę przestrzeń miasta.

Mówiąc o placu Piłsudskiego i jego sąsiedztwie trudno pominąć kwestię Pałacu Saskiego. Co sądzi Pani o jego odbudowie?

Ten temat powraca od lat, sama jestem temu zdecydowanie przeciwna. Pałac Jabłonowskich po drugiej stronie Teatru Wielkiego został odbudowany na początku lat 90. i dziś nie mamy już poczucia, że to miejsce dotknęła wojna. Kolumnada Pałacu Saskiego w obecnej formie jest teraz jedyną tak widoczną blizną w tkance miasta. Ta pustka mówi dużo więcej niż makieta. Tak, możemy odbudować scenografię „starej Warszawy”; ale jak to będzie o nas świadczyło? Przyznajemy, że nie jesteśmy w stanie wymyślić nic lepszego, że nie potrafimy skorzystać z nowych narzędzi i wiedzy o funkcjonowaniu miasta.

Przeczytaj także Co gryzie Billa Gatesa – czyli jak uratować świat przed katastrofą klimatyczną?