fbpx

Ekonomia cyrkularna to nie ekościema.

Smart city, recykling materiałów budowlanych, maksymalne wykorzystanie dostępnych zasobów – o perspektywach zmian rozmawiamy z Martyną Obarską, wicenaczelną „Magazynu Miasta”.

Pomysłów na ulepszanie miast jest wiele, ale wiele z nich nie wychodzi poza etap deklaracji. Czy nie ma Pani wrażenia, że ekonomia cyrkularna jest w Polsce pustym hasłem?

Odpowiem krótko – nie jest. To coś więcej niż greenwashing [„ekościema”, „zielone kłamstwo”, wywoływanie wrażenia, że działanie czy produkt służy środowisku naturalnemu; red.]. Trzy lata temu ukazał się poświęcony ekonomii cyrkularnej numer „Magazynu Miasta”. Opisywaliśmy wówczas ten temat bardzo szeroko. Nie tylko jako działanie ograniczone do branży budowlanej, ale też przemysłu i usług, samorządów i władzy ustawodawczej. Najważniejsza jest zmiana sposobu myślenia. Tak, by „produkowanie miasta” od początku związane było z myśleniem w perspektywie pełnego cyklu – wykorzystaniu odpadów, przetwarzaniu niepotrzebnych obiektów, projektowaniu procesów. Ogólne zasady są dobrze znane: ogranicz produkcję, ponownie wykorzystuj, poddawaj recyklingowi. Wdrożenie tych reguł nie zawsze jest łatwe. Zwłaszcza w budownictwie, które odpowiada za emisję gigantycznych ilości dwutlenku węgla i wytwarza dosłownie góry odpadów. Pisaliśmy więc o ponownym wykorzystaniu materiałów budowlanych, powołując się głównie na przykłady holenderskie. Dziś moglibyśmy wskazać rozwiązania zastosowane w Polsce.

Używanie materiałów z odzysku stanowi jednak w polskich warunkach co najwyżej margines rynku budowlanego.

To tylko jeden aspekt ekonomii cyrkularnej. Co najmniej równie ważne jest optymalne wykorzystywanie dostępnych zasobów. Urząd miasta po 16.00 mógłby służyć potrzebom organizacji pozarządowych czy klubów sąsiedzkich, w nieużywanych pomieszczeniach można zorganizować rozgrywki brydża albo wykłady, współdzielić je. Nie wymaga to wielkich nakładów finansowych, tylko dobrej organizacji.

Czy organizacja nie jest większym wyzwaniem niż technologia? Wdrożenie ekonomii cyrkularnej wymaga działań co najmniej na poziomie krajowym.

UE narzuca stopniowe podniesienie poziomu recyklingu i wprowadzanie nowych norm w większości branż. Polska będzie musiała się z tym zmierzyć. Z doskonałych rozwiązań legislacyjnych słynie Holandia. Przede wszystkim dzięki kompleksowości, tworzeniu całych łańcuchów działań, a nie pojedynczych inicjatyw. Niedawno oglądałam prezentację budynku, w którym izolacja została wyprodukowana z przetworzonych uniformów pracowniczych. Materiał jest dostępny na miejscu, podobnie jak maszyny. Jeśli zajdzie potrzeba napraw czy wymiany, będzie można łatwo ją przeprowadzić. Wiele polskich firm ma techniczne możliwości i wiedzę umożliwiającą wprowadzenie takich usprawnień, ale brak im wsparcia i powiązań z innymi instytucjami. Dzięki działaniu systemowemu nawet pomysły, które na pierwszy rzut oka wydają się szalone, mogą wypełnić niszę na rynku i dać komercyjny sukces. W Rotterdamie zabudowania dawnego akwaparku zajęło BlueCity, rodzaj inkubatora przedsiębiorczości, w którym testowane są takie projekty. Na przykład firma, która uprawia jadalne grzyby na pożywce z oddawanych przez okoliczne kawiarnie fusów. Albo inna, która wytwarza sztuczną skórę galanteryjną z roślinnych resztek. W polskich warunkach podobne działania pozostają zajęciem pasjonatów, raczej hobby, niż dochodową działalnością.

Może warto się uczyć na doświadczeniu innych? Czy holenderskie pomysły można przenieść na rodzimy grunt?

Jako inspirację – tak, ale nie można traktować ich w kategoriach gotowej recepty. Każde miasto różni się od innych, nie da się wyciąć pomysłów z Kopenhagi, Nowego Jorku i Berlina, a później skleić je w działającą całość. Dotyczy to na równi polityki transportowej, architektury i ekonomii cyrkularnej. Każde rozwiązanie musi być osadzone w lokalnym kontekście, w przeciwnym razie będzie tylko dekoracją.

Tutaj przeczytasz więcej o ekonomii cyrkularnej>>